Digital clock

niedziela, 24 marca 2013

Jak siwy dym, czyli z papierosem przy szachownicy.

Widok w kłębach papierosowego dymu grających szachistów na sali turniejowej zdecydowanie należy do przeszłości. Moda na palenie wyraźnie przemineła, a i liczne zakazy zabraniające palenia papierosów w miejscach publicznych skutecznie spełniają swoją rolę. Jednakże kiedyś czasy były inne i wszędzie tam, gdzie pojawili się grający szachiści, dym z papierosów kłębił się nad ich głowami niczym dym z komina pędzącej lokomotywy nad wagonami pociągu. Tylko ten, kto namiętnie palił bądź też pali papierosy zrozumie, jak trudno powstrzymać się od regularnego palenia szczególnie wtedy, kiedy zajęci umysłowym wysiłkiem bezwiednie szukamy dla siebie odpowiedniej weny, która to, jakże inaczej! - tkwi w tej niewielkiej bibułce z tytoniem. Sam będąc wtedy nałogowym palaczem i raczkującym szachistą doskonale pamiętam wiecznie zadymiony pokój, w którym to toczyłem zażarte szachowe boje z moim najlepszym kolegą. Szachiści - palacze z pewnością mogą się "pochwalić" swoją zabawną historią, jak to zamyśleni nad szachownicą, w ferworze walki zgasili papierosa w najmniej do tego przeznaczonym miejscu. Mnie osobiście zdarzyło się kiedyś zgasić papierosa w pudełku z wedlowskim ptasim mleczkiem, co zresztą spostrzegłem dopiero w chwili, kiedy chciałem się poczęstować...


Palenie (Marcin Świetlicki)

Pytam: dlaczego niepalący
wsiadają bez skrupułów do przedziałów
dla palących? Czemu chcą dominować? Czemu
są wiecznie urażeni?

Mój mały przyjacielu, papierosie.
Spędziłem z tobą więcej czasu niż z kimkolwiek.
Niszczymy sie nawzajem, czule
zobowiązani.

Pytam: dlaczego niepalący
nie doceniają naszej samotności,
naszej niemądrej odwagi, naszego
żaru, popiołu?


O ilości wypalonych papierosów podczas szachowych batalii przez szachistów zawodowców, jak również amatorów zapewne najwięcej mogą powiedzieć ci, którzy w ogóle nie palą. Obecnie, kiedy już od dawna wprowadzono zakaz palenia na turniejowych salach, nie jest to żadnym problemem, ale kiedyś życie niepalącego szachisty zapewne nie należało do najprzyjemniejszych. Pamiętam, był rok 1984, kiedy to po raz pierwszy miałem okazję przyglądać się grającym szachowym mistrzom, a było to podczas memoriału szachowego Kazimierza Makarczyka w Łodzi. Zaproszony przez organizatorów i występujący w turnieju głównym jedyny arcymistrz, Bułgar Ivan Radulov przyciągał moją uwagę z tego prostego powodu, że był pierwszym szachowym arcymistrzem, jakiego widziałem osobiście na żywo. Ten czterokrotny mistrz Bułgarii w latach 1971, 1974, 1977 i 1980 był niewątpliwie ozdobą turnieju, jednakże nie tyle zapadł w mojej pamięci, jako ten szachowy arcymistrz, ale przede wszystkim, jako najbardziej namiętny szachowy palacz, jakiego kiedykolwiek widziałem. Na stole z szachownicą, przy którym zasiadał Ivan Radulov obok zapisu partii i długopisu leżały, jedna na drugiej dwie nierozpieczętowane paczki papierosów i trzecia napoczęta! Zobaczyć arcymistrza z Bułgarii bez  papierosa graniczyło niemal z cudem z tego prostego względu, iż ten odpalał jednego papierosa od drugiego! Jak raz użył zapalniczki, tak już do końca partii nie musiał - takie można było odnieść wrażenie. 


Moja obecność na memoriale szachowym K. Makarczyka w Łodzi w 1984 roku wiąże się z ciekawą i zabawną przygodą, i otóż: Odbywając w tym czasie pierwszy rok zasadniczej służby wojskowej w Radomiu otrzymałem tygodniowy urlop i oczywiście natychmiast wsiadłem w autobus aby przyjechać do domu w Łodzi. Siedząc gdzieś na końcu autobusu w pewnym momencie dostrzegłem siedzącego przede mną nieco tylko starszego wiekiem mężczyznę, który to przeglądał grubą książkę z szachowymi diagramami. Jako, że wtedy byłem początkującym amatorem szachów, a cała moja szachowa erudycja opierała się jedynie na skromnych analizach wziętych z szachowego kącika w gazecie "Trybuna Ludu", nie mogłem ukryć swojego zainteresowania tak elegancką i obszerną szachową książką. Grzecznie więc zapytałem mojego tajemniczego sąsiada, czy mogę z nim porozmawiać o szachach, na co on równie grzecznie przedstawił  się i zaprosił do zajęcia miejsca obok siebie. Na wstępie wyjaśnił, że ta gruba książka, to jest tzw. kolejny numer szachowego informatora, gdzie można znaleźć ciekawe i najnowsze partie grane przez najlepszych szachistów świata. Na co ja oczywiście odpowiedziałem kolejnym, naiwnym pytaniem zwracając się już teraz po imieniu.
- Marek, to jaką Ty masz kategorię szachową, że studiujesz takie książki?!
- Kategorię?! - z uśmiechem na ustach zareagował i po chwili, jakby nieśmiało odpowiedział.
- Jestem mistrzem międzynarodowym.
Chyba nie muszę tłumaczyć, jak wtedy odebrałem taką niespodziewaną wiadomość, jak bardzo byłem podekscytowany i zaintrygowany. Marek okazał się być niezwykle sympatycznym i cierpliwym rozmówcą. Przegadaliśmy resztę drogi z Radomia do Łodzi - ja pytałem, a on cierpliwie i grzecznie wyjaśniał i wprowadzał mnie w fascynujący świat szachów. Na koniec zaprosił na turniej, bo jak okazało się, właśnie jechał na memoriał Kazimierza Makarczyka. Kibicowałem Markowi i w trakcie jego wizyty w Łodzi spędziliśmy ze sobą jeszcze trochę czasu i zawsze były to niezwykle sympatyczne chwile w moim życiu. Szachista, o którym mowa, to nikt inny, tylko Marek Hawełko - mistrz Polski juniorów z roku 1978 i mistrz Polski seniorów z roku 1986 oraz brazowy medalista z roku 1987. Dziś na temat Marka Hawełki wiem tylko tyle, że już od pewnego czasu porzucił szachy i cierpi na poważną chorobę. Jeżeli ktoś z czytelników wie może coś więcej o losach Marka Hawełki, to bardzo proszę o napisanie w komentarzu. Będę bardzo wdzięczny.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz